Z urlopu na posterunek
26 sierpnia 2009
Festiwale Smaku mnożą się w Polsce licznie w sezonie wakacyjnym. Nie mam z czym porównać moich wrażeń, które wywiozłem z nadwiślańskiego Gruczna w miniony weekend - ale to co tam widziałem, poczułem i posmakowałem, odpowiadało mi bardzo.
Mogę zabrać się na nowo za uzupełnianie bloga - dobiegł kresu mój doroczny wypad w góry. Ale pomimo tego, że przywiozłem stamtąd garść refleksji wartych ubrania w słowa - pierwszą notkę chcę poświęcić obrazkom z imprezy, na którą trafiłem już po powrocie z Karkonoszy.
Wieś Gruczno na Kociewiu, niespełna 40 km na północ od Bydgoszczy, warta jest odwiedzenia nie tylko przy takich okazjach. Zachowuje ciągłość historii od czasów średniowiecznych książąt pomorskich, liczne są w jej okolicach pamiątki po gospodarujących tu przez setki lat mennonitach ("olędrach"), a szczególnie zachwycający jest tutejszy krajobraz.
Wąski pas ziemi wzdłuż Wisły tworzy równinę położoną sporo poniżej terenu, przez który podróżni mkną ku morzu. Wieś (po prawdzie przypominająca małe miasteczko) przytula się do tej wysokiej skarpy, a niektóre jej zakątki wnikają w jary, którymi skarpa wiślana jest tu i ówdzie poprzecinana.
W jednej z takich malowniczych kotlinek - naturalnie odciętych od zgiełku bliskiej przecież szosy gdańskiej - przez dwa dni trwał Festiwal Smaku.
W zasadzie wiadomo czego spodziewać się po takiej imprezie: stoiska firm rodzinnych spod znaku agroturystyki, alejka bardziej dostojnych namiotów firm "Slow Food", moc degustacji, konkursy (np. nalewek) i wszechobecny dym grillowania. Warunki naturalne w Grucznie sprawiały jednak, że dało się znieść nawet ów ogromny tłum, który zjechał z wielu zakątków regionu: poszczególne odnogi kotliny stały się tematycznymi alejkami dla różnego rodzaju potraw i napitków.
Piwosze nie zanadto wchodzili w drogę poszukiwaczom prawdziwego chleba czy wędlin. Kotły do smażenia "jedynych prawdziwych" powideł strzeleckich nie gryzły się z ukrytymi w innej alei, a - na oko - identycznymi kotłami do powideł starogardzkich.
Nawet duże firmy - prawdziwi potentaci - umiejętnie dopasowali się do charakteru imprezy. Tam, gdzie prezentowane są smaki Pomorza nie mogło zabraknąć bydgoskiego cukiernika Adama Sowy, ale i pod jego namiotem nie prowadzono zwykłej sprzedaży ciastek z magazynu, lecz degustację tego, co wypiekano na oczach zwiedzających.
Jeśli przyjąć, że słowo "smak" ma w polszczyźnie znaczenia znacznie wykraczające poza kulinaria, to zrozumiałym jest, że nie tylko dla jedzenia i picia warto było Gruczno w te dni odwiedzić. Rzeźbiarze tworzący w drewnie pokaźną figurę, czy stoiska z ceramiką współczesną, ale stylizowaną na rustykalną - to inny naturalny składnik letniego festynu, z założenia przywołującego wspomnienia o przeszłym stylu życia.
Był też trzeci wątek tego sentymentalnego odwołania się do przeszłości, który organizator Festiwalu - Towarzystwo Przyjaciół Dolnej Wisły - zgrabnie do programu włączył. Mowa o pokazach plenerowych, które po kilka razy zaprezentowali na festiwalowej łące goście imprezy.
Miłośnicy kawalerii - rekonstruktorzy - zaprezentowali pokaz musztry ułańskiej. Tłok nie pozwolił ułanom pokazać zbyt wielu umiejętności (choć staranne wyposażenie i dobór koni budzą uznanie). Gorzej, że znajdująca się w programie zapowiedź o "pokazie musztry Szwadronu Ułanów Nadwiślańskich" nie wyjaśnia kompletnie tradycje jakiej jednostki kultywują ci jeźdźcy. Jeśli ktoś potrafi rozpoznać to po ich proporcach - chętnie się dowiem.

Mi osobiście najwięcej przyjemności sprawiło oglądanie pokazu wypasania owiec. Ba, ale nie byle jakiego, bo z udziałem znakomicie ułożonego psa pasterskiego. Jak się dowiedziałem później, Piotr Polewski od pewnego czasu specjalizuje się w tej wyjątkowo widowiskowej dyscyplinie kynologicznej, raz po raz prowadząc podobne pokazy na różnych imprezach plenerowych.
Co innego obejrzeć bajkową "Świnkę Babe" a co innego zobaczyć na własne oczy czujność, zaangażowanie i głęboką współpracę mądrego psa oraz jego pana w dyscyplinowaniu stadka owiec. Jeśli kiedyś i w Polsce (wzorem psich zaprzęgów) umiejętności pasterskie staną się dyscypliną sportową, będę chyba jej najzagorzalszym miłośnikiem.


Najpewniej też zostanę żarliwym wielbicielem grucznieńskich Festiwali Smaku. W odróżnieniu od innych, które organizuje się na rynkach dużych miast, tu otoczenie sprawia, że wszystko smakuje naprawdę "po wiejsku" i wszystko, co nam podają wydaje się dużo bardziej na miejscu.
W tym roku dodatkowym atutem dla mnie było to, że pofałdowany pomorski krajobraz pomógł mi nieco lepiej zwalczyć doła, jaki zwykle łapie mnie po powrocie z gór na niziny...

0 koment.:
Prześlij komentarz