Numerowane strony

Obrońcy dla Terminatora trzeba. Pilne.

20 czerwca 2009

Ani tak wielki, by przyćmić inne filmy w tym roku, ani tak słaby, jak wypada o tym pisać recenzentom. "Terminator: Ocalenie" podobał mi się ponadprzeciętnie. Ale jeszcze więcej zabawy daje mi lektura prasowych narzekań, że to "samo żelastwo" albo "słoma w scenariuszu".


Tak się szczęśliwie złożyło, że w ciągu trzech tygodni przed premierą "czwórki" dane mi było obejrzeć na nowo wszystkie trzy wcześniejsze filmy serii. Gdy po paru dniach czytałem w kolejnych tygodnikach i w internecie, jakich to elementów legendy Terminatora tak bardzo brak widzom w najnowszej odsłonie - nie mogłem uwierzyć, że oglądaliśmy te same filmy.

Serio - sądzę, że zestawiając rzekome płycizny "Ocalenia" z rzekomą głębią "Dnia Sądu", piszący polegali tylko na swej pamięci o filmie sprzed 18 lat. A pamięć to naprawdę zawodna przewodniczka.

Bodaj najbardziej rozbroiła mnie seria internetowych recenzji, ktorych autorzy pomstowali, iż tym razem producenci wyprali scenariusz z tak ważnych w Terminatorze "rozważań o istocie człowieczeństwa". Wolne żarty. Toż to wątek ledwie zarysowany podczas prób uczenia Terminatora nowych zachowań przez 10-letniego Johna Connora. Poza nim sprawa jest tożsamości jest jasna: po jednej stronie są bezduszne maszyny nie idące na żaden kompromis, a po drugiej ludzie (i psy z poświęceniem obszczekujące cyborgi).


Jeśli już jakaś "filozofia" ciąży nad wcześniejszymi filmami, to z pewnością są to rozważania o naturze czasu, o predestynacji oraz o wolnej woli. Czy przyszłość jest zapisana raz na zawsze, czy "dzieje się" pod wpływem naszych obecnych działań? Na tym polu nawet odsądzana przez fanów od czci i wiary część trzecia - "Bunt Maszyn" - wnosi nieco nowego, zwycięsko wychodząc (moim zdaniem) ze scenariuszowej pułapki jaką jest rozegranie akcji PO TERMINIE apokalipsy zapowiadanej w 1984 roku.
Natomiast co do "tożamości gatunku ludzkiego", to dopiero w tym roku - wraz z tragiczną postacią Marcusa Wrighta i jego ostatecznym wyborem - chętni dostali mocny materiał do rozważań i polemik.

Nie rozumiem mechanizmu, który widzom w czwartej części popularnego hollywoodzkiego filmu akcji każe oczekiwać warstwy głębokiego przekazu, ulepionej z czegoś innego niż proste emocje: strach, zaskoczenie, wzruszenie, rozbawienie. Ja ich doznałem podczas seansu pod dostatkiem.
"I'll be back" w ustach Connora, groteskowa zbieranina ocalałych dowódców z różnych armii w łodzi podwodnej i nieopierzenie nastoletniego Kyle'a Reese'a - to część rzeczy, które dobrze wypełniły mi potrzebę "autoironii typowej dla Terminatora", o którą tak żarliwie apelują recenzenci.
Zduplikowany cyfrowo nagi Schwarzenegger to - w mojej ocenie - sensowny i najlepszy obecnie hołd dla twórców poprzednich części.
Przerażająco nieracjonalne, ryzykowne, ale intuicyjne - a przez to ludzkie - zachowanie pilotki Williams to z kolei źródło paru nie najtańszych wzruszeń. Zaś co do istoty każdego filmu akcji, czyli "wbijania w fotel" - kilka razy łapałem się na niekontrolowanych ruchach dłoni i stóp, gdy całym sobą chciałem pomóc bohaterom w walce lub ucieczce. Strona wizualna filmu - choć ze zrozumiałych względów ascetyczna - pozostaje na długo w pamięci.
Czy do takiej mieszaniny trzeba naprawdę czegoś głębszego? Ja po "coś głębszego" zwracam się raczej ku półce z "Siódmą Pieczęcią" albo czymś podobnym.

Lorem Ipsum

  © Blogger templates Newspaper by Ourblogtemplates.com 2008

Back to TOP